Film o Baczyńskim PDF Drukuj Email

15.03.2013 r. Nowy film o Baczyńskim już w kinach!

baczynski-plakat-film

 


Nie zapominajmy też o starym filmie, on był bardzo ładny. I bohater podobny - Krzysztof Pieczyński świetnie zagrał wrażliwość, powściągliwość i zarazem humor, figlarność Krzysia B. Polecam: "Dzień czwarty" w reż. Ludmiły Niedbalskiej. 

dzien-czwarty-1 dzien-czwarty-2

 

 

 

 

 

 

 

 


Redaktor Radia Emaus Szymon Bojdo, spontanicznie i bez żadnego ostrzeżenia prosto z kina zabrał mnie do radia… Audycja była emitowana w Wielki Poniedziałek 2013 roku.

 

 

A to już poważna wypowiedź, napisana w ostatnich dniach marca, zainspirowana tekstem Anity Piotrowskiej baczynski.edu.pl, drukowanym w Tygodniku Powszechnym 24 marca 2013 roku.

Recenzja Anity Piotrowskiej zobacz tutaj:

 

http://tygodnik.onet.pl/33,0,80166,baczynskiedupl,artykul.html

 

W obronie adekwatności

Recenzentka filmu Baczyński Kordiana Piwowarskiego (baczynski.edu.pl TP 24.03.2013) obeszła się z omawianym dziełem delikatnie, próbując postępować według sprytnej zasady: „Jeśli masz wadę, zrób z niej zaletę!”. Nie dziwię się jej; mnie także cieszy, gdy młodzi ludzie przyznają się do wzruszeń, do przejęcia się poezją czy choćby życiem poety i dają temu wyraz. Kiedy czujemy wdzięczność za ich starania („należy docenić wysiłek twórców…” – pisze Anita Piotrowska), trudno jest nam cokolwiek nazwać wprost i rzetelnie ocenić. Piotrowska poczytuje zatem za zalety filmu jego wartość edukacyjną oraz sposób przekazu adekwatny do oczekiwań młodej publiczności. Jednak czy nie byłoby lepiej, gdyby film przydatny jako pomoc edukacyjna i w założeniu skierowany do młodzieży był po prostu dobrym, porywającym filmem? Materiał edukacyjny – cóż, to wyrażenie kojarzy się od razu z nudą i przymusem. Wiąże się też, dodajmy, z rzetelnością – i tu właśnie mam zastrzeżenia. A co do konwencji, to rezygnacja z pewnych nonszalanckich, paradokumentalnych fragmentów stworzonych przez młodych i dla młodych, byłaby dla podejmowanego tematu moim zdaniem korzystna.

Sam pomysł kolażu stylów podoba mi się bardzo i podważając sensowność wstawek paradokumentalnych, nie mam na myśli tych fragmentów filmu Piwowarskiego, które składają się z poruszających wspomnień świadków (nagrań wideo i archiwalnych audio). Dotknęły mnie inne, długie relacje –  z sali wypełnionej młodymi ludźmi, uczestniczącymi w czymś, na co w języku młodych obowiązkowo mówi się slam, a co w języku starych znaczy po prostu konkurs recytatorski. Materiał ten został być może rzeczywiście spontanicznie nagrany, lecz nie nazwałabym go, jak to robi Anita Piotrowska, autentycznym. Nie dokumentuje on poczynań tak zwanych prawdziwych wielbicieli tej poezji; został zaplanowany reżysersko. Wydaje mi się nawet, że teksty podebrano prosto z Internetu (nomen omen: por. tytuł recenzji w TP), bo zaraz na początku filmu jeden z recytujących rozpoczyna swój występ powtarzanym przez strony internetowe błędem: „Nic nie powróci / oto czasy już zapomniane, / Tylko w lustrach ZASIADA SIĘ ciemność  / w moje własne odbicia. Jakże zła i pusta” (podkr. moje). To początek jednego z najlepszych wierszy – Spojrzenie. Ciemność w tym poetyckim obrazie „zsiada się”, tak jak dawniej zsiadało się mleko, koncentruje w pewnych miejscach, tężeje, a nie „zasiada się”. Ostatni czasownik nie istnieje zresztą w ogóle w polszczyźnie w stronie zwrotnej. Dodatkowa sylaba demontuje rytm. Nawet jeśli inne wybrane przez autorów filmu teksty nie zawierają błędów, to niestety, pozostaje jeszcze kwestia recytacji… Przypominały mi się imprezy szkolne, na których najbardziej oklaskuje się zaangażowanie młodego deklamatora. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o czym mówię, niech posłucha filmowej deklamacji wiersza Byłeś jak wielkie, stare drzewo w wykonaniu Marty Marciniak. Nagranie jest dostępne na Youtube i opatrzone zresztą komentarzem szczerze zachwyconego odbiorcy. De gustibus...! Jednak najbardziej rozczarowały mnie interpretacje w wykonaniu samego głównego bohatera w scenach fabularnych. Zwykło się sądzić, że autor nie potrafi dobrze czytać swoich wierszy, nie wiemy, jak robił to Krzysztof Baczyński, choć wśród wspomnień o nim możemy jednak znaleźć uwagę, że czytając, poeta starał się eksponować walory dźwięczności tekstów. Nie pojmuję, dlaczego Mateusz Kościukiewicz, stawiając na tak zwaną całkowitą naturalność, chciał przekonać widza, że Baczyński musiał czytać nieładnie. Tak jakby był cudzoziemcem w świecie własnej poezji. Proszę mi wybaczyć, moja ocena jest pewnie zbyt surowa, byłam na tym filmie zaledwie raz, być może, podobnie jak to bywa z pewnego typu muzyką, trzeba by posłuchać kilka razy, by polubić. Wytłumaczę się jednak, dlaczego zaniedbania dotyczące liryki dotknęły mnie w tym filmie najbardziej. Oczywiście dlatego że ona jest najcenniejsza. Nie byłoby legendy Baczyńskiego, gdyby nie było jego poezji. To ona potrafi zaczarować odbiorcę. Baczyński to liryczny fenomen, taki nasz – użyjmy mocnego porównania z lekkim uśmiechem – Mozart poezji. Czy można sobie wyobrazić, że ktoś robi film o operach Mozarta, pozwalając śpiewać jego arie przypadkowym ludziom? Kiedy dawniej czytali wiersze Baczyńskiego świetni aktorzy i zarazem jego wielbiciele, jak Anna Dymna czy Mirosław Konarowski, nigdy się o nie nie bałam. A teraz w kinie – owszem. I nie wiem, czy ktoś z widzów mógł się melodią tych słów zachwycić naprawdę, a nie tylko patrzeć na entuzjastyczną reakcję filmowej Basi, której poruszenie, ustawione w kontekście drętwoty wybrzmiałych słów, wydaje się zresztą podnieceniem z całkiem innego powodu.

Inny błąd wiąże się też z sensem wierszy, historią ich powstania. Do filmowego epizodu o tatrzańskich wakacjach, które Baczyński spędzał wraz z Rysiem Bychowskim latem 1939 roku, dodano jako liryczną refleksję wiersz Wspomnienie – a on należy do tych, które sam poeta opatrzył komentarzem „Wiersze-elegie o niezapomnianej Dalmacji” (zob. komentarz w tomie I Utworów zebranych w wydaniu z 1994 roku na s. 385). Szare osiołki i miniaturowe domki są zatem z zupełnie innej części świata, czego może domyślić się każdy, kto czyta chociażby książki Wiesława Budzyńskiego, sprawującego zresztą pieczę nad merytoryczną treścią filmu. Baczyński umieścił ten wiersz w swoim zeszycie rękopisów zaraz obok Piosenki („Znów wędrujemy ciepłym krajem…), znanej dzięki interpretacji Grzegorza Turnaua. Podobny błąd wiąże się z użyciem w filmie wiersza Rzeczy niepokój, choć to dużo trudniejsze do wykrycia. Ten wiersz jest przez filmowego Krzysia pisany czy mówiony w scenie leśnej, gdy jego oddział ma przerwę w marszu. Tu już nawet Budzyński chyba nie pomoże, trzeba znów sięgnąć do komentarza odautorskiego, w którym Baczyński kwalifikuje wiersz jako „erotyk – zapewne dziwny” i wyjaśnia, że wiersz jest zapisem stanu, który określa między innymi jako „świat odczuwany przez soczewkę miłości”. Ten liryk napisał poeta dokładnie 12 XII 1941 roku, zatem to pierwszy tekst, który powstał po poznaniu Basi, i rzeczywiście znacznie lepiej się go rozumie, gdy opatrzy się treść wskazówką poety. Tom zebranych relacji o Baczyńskim Żołnierz, poeta, czasu kurz, wydany przed książkami Budzyńskiego (1967, później wznawiany), zawiera też wspomnienie, jak to Basia wyznała jednemu z kolegów z polonistyki, że Wyroki są erotykiem, jak domyślił się on później, że ten wiersz to poetyckie oświadczyny. Może twórcy filmu nie sięgnęli w ogóle do Utworów zebranych ani do tego zbioru cennych zapisów pamięci? Gdyby zapoznali się z treścią tego ostatniego, to na pewno nie brakowałoby im przykładów humoru poety, o które dopomina się Anita Piotrowska. By zakończyć wypominanie nieadekwatności doboru tekstów, wypada napomknąć, że i pilotująca film Pieśń o szczęściu, której kontrapunktowym filmowym tłem jest współczesna, szara Warszawa – celowy dysonans? – wcale nie wiąże się z czasem akcji ani też nie została napisana przez poetę dla żony. To jeden z wierszy, dla których znów właściwym tłem jest wyspa Šolta; napisany został dla piętnastoletniej Zuzanny Progulskiej. Należy jednak wybaczyć autorom akurat tę swoistą niecelność wyboru ze względu na dziwną moc tej piosenki, która silnie przylepia się do słuchającego i aktualnie winduje na szczyt Listy Przebojów Trójki.

Ryzykowne wybory twórców filmu (głos Mozila i siedemnastoletni Baczyński?) nie muszą być zatem błędem, nie musiałaby być nim także niewierność jakimś faktom czy realiom (rzecz zostawmy historykom), stracona szansa twórców filmu polega po prostu na nieumiejętności budowania tej legendy Baczyńskiego, do której tak naprawdę widz tęskni i na której zobrazowanie czeka. Przyznaję rację autorce recenzji, że w filmie trafiamy czasem na sugestywne obrazy, ale one widocznie nie wystarczą. Bijący wszelkie rekordy popularności film o Annie German (w którym zresztą piosenki Anny German śpiewa, na szczęście, Anna German!) nie jest przecież dobry dlatego że trzyma się niewolniczo faktów. Jego epizodom przydano ten sam ładunek emocji, które musiały mieć ważne momenty życia artystki. Żeby ukazać ból czy szczęście nie trzeba epizodów idealnie wiernych, nie da się zresztą tego zrobić – film to film, nie życie. Chodzi o to, by dać uczuciom adekwatny wyraz, chodzi o przekaz, a ten jest bez zarzutu; strach, ciekawość, współczucie, niepokój, podziw – to wszystko trzyma nas w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty każdego odcinka serialu. By taki efekt uzyskać, nie wystarczy pokazać chłopca, który ładnie mruży oczy, patrząc przez zielone szkiełko na Polskę (a ten detal – zielone szkło – znów zaczerpnięty został z tego samego wiersza o Południu!). Ten symboliczny obraz nie pomoże zrozumieć mądrego, wrażliwego poety, obarczonego skomplikowanymi relacjami rodzicielskimi, zakochującego się różnie, zachwycającego światem. Nie przejmie nas też los żołnierza – a to by było bodaj najciekawsze – niezwykły to żołnierz, który boi się o wiele bardziej, że zabije, niż że zginie. Mateusz Kościukiewicz nie gra w tym filmie prawie wcale. Sam to przyznaje w wideo-wywiadzie (dostępny na Youtube). Basia – czyli naturalna, śliczna Katarzyna Zawadzka gra – według schematu dyktowanego przez banał – głównie zalęknienie lub samą słodycz, subtelność lub egzaltację, gdy tymczasem tylko to ostatnie zdaje się w pełni trafione. Jak wynika ze wspomnień, a także z kart pamiętnika, który Barbara Drapczyńska pisała jako nastolatka – była dziewczyną energiczną, inteligentną, gadatliwą, a nawet zadziorną, pewną siebie i twardą, odważną. „Witaj stara idioto, Pamiętniku” – zwraca się w pewnym miejscu wesoło do swego panieńskiego powiernika, jakże miło dla naszych uszu. Podejrzewam, że to Basia starałaby się jak najszybciej opanować sytuację, gdyby nagły wybuch rozwalił szyby w oknach pokoju. Nie wykluczam, że w chwili skrajnej to ona tuliłaby Krzysia, a nie odwrotnie. Znamy ze wspomnień świadectwa jej dzielności, choćby chodzenie na komplety uniwersyteckie mimo niebezpieczeństwa. Zachowała się też, jakby dla kontrastu, relacja Jerzego Zagórskiego o słabszym dniu Krzysia – to on siedział na słynnych imieninach Andrzejewskiego 23.04.1944 roku jako jedyny z gości „blady, roztrzęsiony” – tego dnia na Bielanach była obława…

Jeszcze Stefania Baczyńska – w tej roli pięknie wybrana Ewa Telega – i szkoda, że też nie pozwolono jej zagrać złożoności tej postaci, że zrobiono z niej tylko zakochane w synu babsko, które perfidnie przeszkadza młodym przed ślubem kochać się fizycznie, co zapewne było przyczyną podjęcia przez nich tak szybkiej decyzji o małżeństwie (bzdura), a potem jest tylko czarownicą zasługującą w pełni na porzucenie i samotność.

Gdyby te postacie były nie bardzo podobne do pierwowzorów, ale za to zostały podrasowane charakterologicznie, podparte fabularnie, gdybyż nieadekwatność była ich zaletą, porywała! Niestety, podstawą tych figurek jest sztampa. I przypomina mi się od razu  dla kontrastu niesłusznie zapomniany Baczyński z filmu Dzień czwarty ­w reżyserii Ludmiły Niedbalskiej (1984) – Krzysztof Pieczyński zagrał go tak, że nie można lepiej. Po pierwsze ma ten typ urody, który sprawia, że jedni widzą w nim kogoś oszałamiająco przystojnego, inni mogą powiedzieć, że z wyglądu „nijaki taki” – dokładnie tak było z Krzysztofem B. Do tego wyważona, przenikliwa inteligencja tej postaci, powściągliwość, która dla kobiet znaczy tajemniczość, typ żartów, kapitalne momenty humoru, też charakterystyczne dla Baczyńskiego, znanego parodysty i prześmiewcy… I jeszcze: przejmująco zagrany dramat człowieka, który strzelał. A jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, co rozumiem przez najlepszą z możliwych adekwatność tekstu poetyckiego do momentu fabularnego, niech obejrzy wstrząsające zakończenie tego filmu, wsłucha się w słowa proroczego wiersza, skojarzy coś więcej, coś jeszcze…  Gdy ogląda się Dzień czwarty, ma się wrażenie, że został zrobiony aż za bardzo rzetelnie, że Ludmiła Niedbalska starała się umieścić w scenariuszu jak najwięcej z tego, co na pewno zostało powiedziane, zebrane, potwierdzone o Baczyńskim. Stąd ma się wrażenie, że sceny retrospektywne wstawione są w ten obraz filmowy z pewną nadgorliwą determinacją, a wspomnienia o biograficznych  epizodach nie wszędzie umiejętnie wplecione w dialogi. Wolę jednak lekko się podśmiechiwać z wierności w konwencji wczesnych lat 80, z jaką scenarzystka i reżyser zrobiła tamten film, niż oglądać Baczyńskiego AD 2013 z podejrzeniem, że są w nim nierzetelności. A kiedy już daję się na moment porwać nastrojowi chwili, to wybija mnie z niego recytacja albo taki niefortunny komentarz, który chyba dobrze zapamiętałam – że Basia „w chwili śmierci spodziewała się (oczekiwała?) dziecka”. Rozumiemy sens, ale niestety kojarzymy dwuznaczność tego zwrotu; coś w tym stylu można by ewentualnie powiedzieć o Fantynie z Nędzników, a i to też trzeba by doprecyzować.

Na razie rozsnuwanie tak zwanej aury trwa. „Niezwykły film” usłyszałam dzisiaj znowu w PR III, po tym, jak wybrzmiała „niezwykła piosenka” Mozila… Czy tylko dlatego jest niezwykły, że jest filmem o poecie, zrobionym w czasach, gdy nawet ulubionymi poetami nikt się nie interesuje, by tak rzec, solidnie?