Zajęcia 9.12.2011 PDF Drukuj Email

Omówienie „czasu Anny” (1940 rok) w twórczości Baczyńskiego.

  1. Rekonstrukcja historii zawartej w ocalałym tylko we fragmentach opowiadaniu, zaczynającym się od słów Pociąg stanął nagle. Opowiadanie zostało dodatkowo jeszcze podarte i rozrzucone w Publiczność; wspólnie staramy się na podstawie tych skrawków odtworzyć dzieje Piotra i Anny.  Czy jest możliwe, że mają one wiele wspólnego z faktami rzeczywistymi? Wspominamy znajomość Krzysztofa Baczyńskiego z Anną Żelazny (późniejszą Anną Morawską).
  1. Fragmenty wierszy powstałych w roku 1940 , w których poeta pozostawia „drzwi otwarte dla strachów”. Zob. Książka Poeta i baśń, odpowiedni fragment rozdziału W lęku i mroku.
  1. Interpretacja wierszy zamieszczonych poniżej:

INNY EROTYK

Nie wierzę w twoje oczy, jak się nie wierzy w niebo.

Wilgotne chmury. Jak co dzień wracam z własnego pogrzebu.

Małe psy biegną naprzeciw jak nieme zwierzenia wieczoru.

Przepływam na ukos ulic, na ukos godzinom i porom.

Jakie to ptaki dolecą? Przestrzeń pęknięta na pół.

Jaki to murarz rozklei wzniesiony przez ciebie mur?

Kto przeciw śmierci stanie i wzrokiem zatrzyma prąd ten?

Rzucam na ciebie gwiazdę jak naraz modlitwę  i klątwę.

Listy pieczęcie na trosce. Nie wierz tym słowom, nie wierz.

Oto umarły dziś rano, nie spotkam cię w czarnym niebie.

grudzień 40 r. 

 

POWIEŚĆ

Wolałaś: dokąd płyniesz, a potem jeszcze: zostań,  
ale już żagle z papieru porywał wiatr i dął w nie.  
Droga między domami – gdzie woda – była prosta,  
a już sprzed zamku w witrynie salutował mi żołnierz.

  
Ulice pełne wody – kreski z lapisu-lazuli,  
kiedy porywał mnie żagiel i coraz dalej unosił.  
Ach, jakie dzwony muszli, gdym płynął wzdłuż martwych ulic.  
Na próżno pościg ptaków – wysłany przez ciebie – prosił.

  
Mała łódka z orzecha, a woda głęboka jak wieża,  
na dnie rosły korale przekwitłe – miejskich latarń.  
Oto giniesz we śnie – wołałaś, a mnie wcale nie żal  
było wierszy i ludzi, kiedy płynąłem od świata.

  
Potem na krańcu morza niebo płynęło i na mnie  
sypało gwiazdy zielone i coraz większy zamęt:  
wirował i giął się nieboskłon wśród żółtych komet sklamrzeń,  
zalało, porwało mnie w górę i znów odrzuciło jak kamień.

  
Poszukaj dobrze w zaułkach, gdzie nocy kołysze pokład,  
gdzie cień nieruchomy na murze jak cień martwego człowieka.  
Przyjdziesz zmniejszona od trwogi, nie rozumiejąc zobaczysz:  
tam siedzę na brzegu nieba i puszczam łódki na ściekach.  

grudzień 1940 r.  
KB